poniedziałek, 28 stycznia 2013

Na dobry początek, Gombrowiczowo

I oto jestem - wkraczam zagubiony w czeluście szkolnych korytarzy, ja, Poeta pełen wątpliwości, sam jeden, taki malutki, skrzat wobec łypiących groźnie nauczycielek. Duszę się potwornie, nogi jak z waty, ugiąć się żądają, tak pięknie proszą, a ja nie mogę, bom przecież Poeta, a tacy to tylko homo sapiens, wyprostowana postawa i na włosach żel. Więc błagam, by ustać jeszcze dały, co by nie skompromitować się zupełnie, i by głosić słowa pełne prawdy, i jęczę, jęczę, Boże święty - dzwonek. Wzywa nas na lekcję, ten drań, ten mały wąsaty drań z binoklem na prawym oku, i uśmiecha się paskudnie, widzi, że jakoś ustać normalnie nie mogę, więc chwyta mnie za ramię i szepcze wprost do ucha:
- Ja Panu jeszcze pokażę.
I wtedy dopiero strach ściska mnie za serce, w głowie szum wielki i bicie dzwonów, ławka twarda, zimna, krzesło niewygodne i też jakby prosto stać nie może. Razem się bujamy, tańczymy pijani, we własnych objęciach, Jezusie Nazareński, lekcja się zaczyna, byle przetrwać, byle uciec od spojrzenia belfra. Ale on, jakby na przekór, we mnie tylko ślepia zza binokla potwornego wlepia i śmieje się głośno i mówi mocno:
- Mój robaczku, ja to ci jeszcze pokażę, jeszcze zobaczysz co ja potrafię.
I bierze z biurka ten wielki drewniany kij, a ja tym bardziej truchleje i krzesło pode mną jakby też gnie się straszliwie, i padamy wspólnie na ziemię, wszystko się kręci, tylko nauczyciel wciąż rozbawiony, podchodzi i patrzy, i kijem o ziemię stuka, tuż obok głowy, i naraz jakiś wielki się staje, ogromny niby tytan o szerokich nogach, a wąs jego to coś jakby dwa płomienie, ogień, Boże, niech ten koszmar się skończy. Wtedy przypomiam sobie, że koszmar jest to w istocie, i nagle jestem znów na łożu, wkoło ludzie, psy o jasnych oczach, patrzą jak umieram, a w głowie to tylko huczy lepki szept belfra, w ostatnich sekundach myślę tylko o nim, i wiem, że mi pokazał, że mi naprawdę pokazał, a potem już tylko trzask prask, jakiś pisk i nie żyję